Choroby i zwolnienia pracowników to coś, z czym na co dzień muszą borykać się pracodawcy. A niestety, trudno z tym walczyć – nie można powiedzieć przecież pracownikowi, żeby ma przestać chorować. Warto pamiętać jednak o tym, że każdy medal ma dwie strony – często zdarza się, że podwładny nadmiernie wykorzystuje swoje prawo do zwolnienia chorobowego. Poza tym, w związku z chorobami istnieje jeszcze jedno zagrożenie, które pracodawcy często zdają się bagatelizować – przychodzenie do pracy w trakcie choroby.

Absencja – problem całej firmy

Jak wynika z analizy absencji pracowników przeprowadzonej przez firmę manaHR na Dolnym Śląsku, ponad połowa nieobecności podwładnych w badanych przedsiębiorstwach spowodowana była chorobą własną pracowników. Na drugim miejscu (33%) znalazły się zwolnienia spowodowane ciążą. Według danych ZUS, w pierwszym kwartale 2017 roku, wśród Polaków było niemal 6 milionów zwolnień z powodu choroby własnej – nieco więcej wśród kobiet niż mężczyzn. Zjawisko nadmiernej absencji pracowników, które z języka angielskiego można zgrabnie ująć określeniem “absenteeismu”, staje się dziś w oczach pracodawców naprawdę poważnym problemem. Kiedy pracownik nie przychodzi do pracy, zwykle bardzo cierpi na tym efektywność działania firmy – szczególnie, że nikt nie planuje chorowania, zwolnienia z reguły zdarzają się więc “nagle”. Wyjątkiem mogą być oczywiście sytuacje, w których podwładny planuje np. pobyt w szpitalu lub sanatorium albo powodem zwolnienia jest ciąża. Zasadniczo jednak, w związku z tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy pracownik zachoruje, trudno zaplanować kogoś na zastępstwo dla niego. W takiej sytuacji reszta zespołu musi więc radzić sobie sama, albo przejmując obowiązki nieobecnej osoby, albo… odkładając je aż do jej powrotu. A gdy zadania przez tydzień lub dwa piętrzą się na biurku, po powrocie pracownik musi poświęcić się im ze zdwojoną siłą, co wcale nie wpływa dobrze na jego produktywność. Spadek efektywności działań spowodowany czyjąś nieplanowaną nieobecnością może czasem mieć więc dość poważne skutki.

Gdy zwolnienie przybiera postać urlopu

Gdy pracownik naprawdę choruje i nie nadużywa zwolnień lekarskich, w zasadzie trudno jest z tym walczyć, a gorszy czas trzeba po prostu przetrwać. Zupełnie inaczej bywa jednak w sytuacji, kiedy pracownik używa “L-4” jako pretekstu, by wyjechać na urlop lub odpocząć. Taki rodzaj absencji nie zawsze łatwo jest rozpoznać, ale jeśli podwładny zdecydowanie nadużywa zwolnień lekarskich, pracodawca powinien czuć się zaalarmowany. Absencja chorobowa faktycznie nie zawsze ma potwierdzenie w rzeczywistości, na co dowodem jest miażdżąca statystyka: spośród ponad ćwierć miliona zwolnień lekarskich skontrolowanych przez ZUS w pierwszym kwartale 2017 roku, aż 10 600 zostało wstrzymanych z powodu nienależytego stwierdzenia choroby. Inną sprawą jest oczywiście kwestia tego, jak urzędnicy oceniają to, czy ktoś choruje (bo np. nie każda choroba musi wymagać leżenia pod kołdrą, ale niewychodzenia z domu już tak). Niemniej jednak, “lewe” zwolnienia w liczbie ponad 10 tysięcy w ciągu zaledwie jednego kwartału, zdecydowanie utwierdzają nas w przekonaniu, że problem nie tylko istnieje, ale rozpowszechnił się już na ogromną skalę.

“Preseenteism” – chorowanie w pracy to zły pomysł!

Pracodawcy próbują walczyć z “absenteeismem” na różne sposoby – np. proponując nagrody za stuprocentową frekwencję w miesiącu. Niestety, stąd już bardzo niedaleko do wystąpienia skrajnie innego, ale równie niebezpiecznego problemu: “presenteeismu”. Obecność w pracy mimo choroby może mieć bardzo negatywne skutki. Pracownik przychodząc do firmy z katarem, gorączką i innymi objawami, nie tylko nie będzie pracował efektywnie, ale może także zarazić innych – co ostatecznie zdziesiątkuje zespół na kilka dni i sprawi, że produktywność działu będzie jeszcze mniejsza, niż w sytuacji wyjściowej. Korzenie zjawiska “presenteeismu” wyrastają niestety z nieprawidłowego zarządzania zespołem – bo próba poprawienia frekwencji za sprawą nagradzania za obecności jest równocześnie ukrytą próbą niebezpośredniego “karania” za dłuższe nieobecności (choć sam pracodawca może nie zdawać sobie z tego sprawy). Jeśli pracownicy będą nagradzani bowiem za przychodzenie do pracy zawsze i w każdych warunkach, w firmie szybko wytworzy się atmosfera niezdrowej rywalizacji. Pracownik, który skorzysta wtedy z “L-4”, może zyskać opinię takiego, który stara się mniej, jest leniwy, gorszy, mniej zaangażowany – bo skoro wszyscy mogą przyjść do pracy, to dlaczego on miałby zostawać w tyle? A przecież osoba, która naprawdę choruje, ma pełne prawo do tego, żeby wziąć zwolnienie i spokojnie wyzdrowieć w domu. Ani więc pozwalanie pracownikom na bezkarne branie zwolnień, ani nagradzanie za stuprocentową obecność, na dłuższą metę wcale nie wydaje się dobrym rozwiązaniem.

Lek na zwolnienia

Jeśli w firmie dochodzi do sytuacji, w których pracownik ewidentnie nadużywa swojego prawa do brania zwolnień lekarskich, sprawę należy rozwiązać indywidualnie. Taką osobę można poddać kontroli przez ZUS, ale jest to oczywiście środek ostateczny. Na początek lepiej porozmawiać z pracownikiem o tym, co dzieje się w jego życiu prywatnym (być może zapadł on ostatnio na poważniejszą chorobę albo ma problemy w domu?). Może również zdarzyć się tak, że powodem częstych nieobecności jest wypalenie zawodowe lub nadmierny stres w pracy. By zapobiegać takim sytuacjom, warto zapewnić pracownikom jak najlepsze warunki. W rozpoznaniu potrzeb naszych podwładnych może pomóc nam np. badanie satysfakcji pracowników. Jego wyniki pomogą nam zdefiniować, jakie są oczekiwania członków zespołu wobec firmy. Próba wprowadzenia w życie pozytywnych zmian z pewnością poskutkuje zaś większym zadowoleniem pracowników, a co za tym idzie – niższym poziomem absencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ